Roman Honet

Odległość robi tak, żeby pamiętać.

Jakobe Mansztajn

List w butelce

X LECIE POETÓW PO GODZINACH

Jubileuszowy zjazd PPG ... (czytaj więcej)

Rafał Gawin

Spis cudzołożnic ... (czytaj więcej)

czwartek, 13 lipca 2017

Później od last minute, więcej niż all inclusive.







Agnieszka Jarzębowska



pierwszy raz

słonecznie prawie bezchmurne błękitne niebo
z kolorowym akcentem latawca jakiś maluch
goni swoją siostrę koloniści zakopują kolegę
po szyję w piachu trzeba piętnastu minut aby się uwolnił

stoję na brzegu obok osiedle zamków z piasku 
gapię się na fale zbliża się do mnie kobieta w słomkowym
kapeluszu w krótkiej sukience zbiera kamyki
zagaduje ma 66 lat gościec i siedmioro wnucząt

pierwszy raz w życiu jest nad morzem






Anna Luberda-Kowal



w dolinie cedronu 

dzień zacząłby się szczekaniem
gdyby psy szczekały w tym mieście
zamiast tego ciepły turkus wylewa się na mury
nagrobne kremowe płyty rozgrzewa każda godzina
a cisi czworonożni świadkowie pilnują modlitw
pajęczyny rozwieszonej nad grobami

nie ma szeptów łez ani liczonych świec
jedynym śladem kartki pożegnań
od wiatru i psów bronią je drobne kamyki
amulety wyjęte z pamięci
bez znieczulenia










Artur Kibiłda 



w powietrzu najbezpieczniej

samolot kołuje niczym myśli
w mojej głowie rodzi się pytanie
jaka jesteś kiedy jesteś codzienna
kojący głos stewardessy oznajmia
"priorytetem jest twoje bezpieczeństwo"

nie użyję więc brzytwy
wchodząc do pustego mieszkania
gdzie niegdyś wszystko nabierało tempa
dzisiaj jest tępo a jutro będzie szpetnie
bez brzytwy

postaram się jak nigdy
zatnę się jak zwykle







Bogumiła Jęcek



Katyń

Wpatruję się w zmierzch; w ciemności strzęp
czarnej folii poruszany wiatrem – wygląda
niczym wrona wyszarpująca coś z ziemi.
Otwarte granice boją się zamknięcia.

*

Przeczucie to nie wszystko, jeszcze tliła się
myśl, próbowała wyciągnąć mnie z tego miejsca.
Słyszałem każdy strzał. Wyszedłem z więziennej
karetki ostatni, przemknął rów, nad którym przez chwilę
stali. Sznur przerzucony przez szyję wiąże mi
z tyłu ręce, jakby wszystko robiło się samo.

*

Wymieszane: przeczucie i nadzieja. Wyprowadzali
nas pojedynczo. Drobiazgowa rewizja; ściągnęli
pas i pytali o obrączkę. Z rękoma wykręconymi do tyłu
przeszedłem dwa pomieszczenia, i w trzecim ta nieubłagana
świadomość, gdy zobaczyłem ściany, wypływającą
z półmroku krew.









B. Sława Sibiga



Letnie haiku / z tomiku „Sen o Japonii”/

***
pierwszy letni dzień
rozłożony na plaży
cień parasola

***
upał
nawet w letniej sukience
białej jak śnieg

***
kręgi na wodzie –
płynący w pełnym słońcu
biały łabędź

***
fala za falą
stygnie
nadmorski piasek

***
woda i ogień –
zbliżamy się do siebie
w tę letnią noc

***
lato w górach...
chłód który wynoszę
z jaskini

***
zapach zbóż
przynoszę do domu
polne maki

***
rzeka dzieciństwa –
koniec kładki zatopiony
w słońcu

  




Christos Kargas 



Zenon w L.A

roztopione rodziny 
tężeją w turlających się trumnach 
święcą się potem w sobotnich korkach 
w nadziei na wiatr 


marznę w cieniu 
choć słońce praży 
patrzę na syreny 

przywiązany ściśle do parasola 

z radyjkiem i rave – nie wytrzymam 
pieprzone słuchawki 
nie ścierpię tego 
jestem z Salonik 

aż nagle zaczynam 
podążać za tobą 
nadążam wiernie 
za światełkiem które pali się 
na twojej pupie 

jestem żabą czy księciem 
Buddą czy Edypem 
pomieszało się 

zauważ tylko 
a stanę się tobą 
tyle nas różni










Daniel Baca


Ornament/Astragal

stoisz na moście
naszyjnik z medalionem
zyskał ornament
odbija liche światła latarń
wygaszają /w nas/ czwartą
po północy
senny ruch powietrza
podrywa czerwień z sukienki
odwracasz się na pięcie
kruczymi włosami zapachniało
w niebie wiatr otrzymał
kolejną lekcję

***

szepczesz pod nosem coś o potrzebie
coś o żubrówce więc chodź stać mnie
i na sok jabłkowy też i na chwile
w których zapominam że ludzie patrzą

potem odprowadzę cię do domu
a kiedy będę wracał będę biegł
może chłopaki z dzielnicy nie zdążą
obić mi mordy za friko

rano przejrzałem zawartość lustra
oko noc przyozdobiła brunatnie
pod medalionem pęcznieje
guz różowy wybryk








Dawid Staszczyk


Święto otwartych przestrzeni

Kropla deszczu wżera się w kartkę. Granice miasta są czyste, jasne.
Zamiast domu jest brak pytań. Możemy wreszcie mieszkać jak kolczyk – w języku.
Klatka, w której trwa nasze święto otwartych przestrzeni, ma pręty ze słów.

Albo inaczej: coś tutaj umarło, bo z dworu wpadło świeże słońce, bo zgryźliśmy zimę
jak żylasty stek. Tymczasem kolejny fakap ścina białko w kruchym ciałku menedżera.
W kruchym ciałku będącym vege i podlewanym wciąż wodą Perrier.








Dorota Nowak




po imieniu 

od lat mówisz do mnie mała jakbym była bezimienna
na strychu przechowujesz anioła ze złamanym skrzydłem
wyszczerbione kubki wytarte dywany słoiki z miodem –
chcesz naprawiać świat zatrzymać zachować

od lat mówię do ciebie po imieniu jakbyś był plastrem
na rany do wyszczerbionych brzegów filiżanki – pamiątka
którą oblizujesz namiętnie albo kąsasz raz dla rozkoszy
raz do bólu nigdy obojętnie jakbyś składał się z mądrości


w słowie którym mnie nazywasz rosną drzewa – lubisz
liściaste więc najczęściej tulimy się do kory brzozy
mówisz wtedy że najwyższy czas postawić kominek
na mrozy na niepewne czasy na pył z nieba i z ziemi







Ewa Pietrzak



Dla mnie

niby nic się nie zmieniło
wschody i zachody takie same
może niektóre bardziej spektakularne
niby nic się nie zmieniło
śmieję się czasami płaczę tak samo
chwilami tylko w nieodpowiednim momencie
niby nic się nie zmieniło
oczy mam szeroko otwarte jak zawsze
to tylko świat się jakoś skurczył









Grażyna Paterczyk 


kamień upamiętnił smutek

gwiazdy i wino snuły wtorkową noc
za mną, za tobą , za nami,
ciągle chcę, chcesz, chcemy
odmieniać przez przypadki

nieograbiona z ciemności mijam
a sen wraca echem
łaskotany źdźbłami trawy
i szmerem wiatru

czas umiera





Grzegorz Kielar


Wiatr
 

nazywam się Wiatr
jestem znikąd albo skądś
sam dokładnie nie wiem
ale z pewnością od zawsze

występuję o każdej porze roku
dnia a nawet nocy od kiedy pamiętam
cierpię na bezsenność
jestem bardzo nerwowy i nad wyraz
ruchliwy
nie umiem usiedzieć na jednym
miejscu dlatego przemieszczam się
stale i wciąż
umiem wiele: wieję dmucham zacinam
hulam na całego
bywam łagodny i porywisty
ciepły i bardzo zimny
wchodzę też bez pukania kiedy
otwiera się okna i drzwi
czasem mieszkam w kominie

mam wiele imion dlatego nie obchodzę
urodzin
pojawiam się jako zefir bryza wicher
i tajfun a nawet pospolity cug
moim imieniem nazwano też miasto
w Ameryce Północnej

bywam niewidzialny dlatego często
szuka się mnie w polu
niektórzy rzucają na mnie słowa albo sieją
po drodze mi z gałęziami drzew skrzydłami
ptaków i dymem
jestem z natury ciekawski – zaglądam za kołnierz
i pod spódnice potrafię też spojrzeć komuś
w oczy

nazywam się Wiatr
wędruję między ziemią a niebem
jestem szalony i nieprzewidywalny
nie ma na mnie siły










Jakobe Mansztajn


Piosenka nocnych wioślarzy II

siedzimy na murku ciężko poruszeni faktem,
iż niebo nad gdańskiem znów nas robi
w chuja, miały być girlandy świetlne, radosna tandeta,
miało być pół roku zimy, ale i pół roku

lata. tymczasem noc jest głęboka i ciągnie
się jak bergman, nawet dzielnicowym w sukach
całkiem żyć się odechciało. słowem -
dawno po imprezie i powinno już świtać,

zamiast świtu melanchujnia
,*czarne nad
i pod głowami pole. jeśli zacząć szukać winnych,
trzeba zacząć z tego miejsca, już pamiętam:

widzieliśmy najlepsze umysły naszego pokolenia
zniszczone szaleństwem, histeryczne i nagie,
i długo nie mogliśmy oderwać wzroku.


* zasłyszane od Julii  Szychowiak



Jakub Sajkowski 


教堂 kapliczka

Błogi spacer po wsi zakłóca ujadanie psa
na posesji z kapliczką, tak wściekłe,
że mógłby rozszarpać płot. Przesyłam

chińskim znajomym zdjęcia z polskiej prowincji.
Czy nauczyłeś już swojego koguta mówić po chińsku?
Nie mówi, ale wszystko rozumie. Ma na imię Marsjasz,

będzie obdzierany ze skóry jak murzyn
w chińskiej reklamie proszku do prania.
Jedna czwarta populacji świata

śmieje się do rozpuku, gdy Chinka bierze go za szmaty
i wrzuca do pralki. Wychodzi z niej piękny i powabny
obywatel państwa środka.













Jarosław Trześniewski Kwiecień 



elegia dla kawki

to nie będzie o kawie niedopitej przez śpiew słowika o trzeciej
nad ranem ani o przemycanej przez zardzewiałe barierki
balkonowej poręczy skaczącej po drzewach eksplozji ciepła
w oparach rozlanego cydru i schłodzonego białego wina


ale o złamanym skrzydle bielmie na oku gdy bariści namawiają
do delektowania się smakiem zapachem życia co kosztuje
grosze (co gorsze od wypalonego papierosa i uporczywego kaszlu)
nad wodą czarną nieczystą pośród bagiennych storczyków


gdzie kiczowata Leda nadpływa a za nią małe łapczywie
pożerające słone paluszki płochliwe cyranki w przypadkowej
symbiozie zastygającego powietrza i zimnego ciała



Jerzy Hajduga 


NAD JEZIOREM

księżyc uniżony
fale jak dłonie
coraz lichsze

nadstawiam drugi
policzek











Joanna Lewandowska


remedium pirackie

nabrzeżem Jack Sparrow Tom- bosman i ja
sunęliśmy pełni po żagle
tej burzy co zrywa się nagle
szukając przystani lub portu na żal

był koniec podróży Jack Sparrow i Tom
i ja między nimi rzecz jasna
wkraczaliśmy z butą do miasta
spróchniały jak miecz ciągnąc bom

nie pierwszy to raz –Żal topi się sam
gdy wicher przykuwa do koi
tak rzecze Tom- bosman i wierzę mu ja

a Jack śmiechem w plecy uderza mnie – ha!
gdy człek żagiel zerwie na boi
niech w płytkiej okazji pogrąży swój żal





Joanna Pucis

Fajnie jest niedzielny, chandrowaty dość wieczór rozświetlić sobie kieliszkiem wina w małej knajpeczce. Lekki zmierzch, ciepło, nad głowami pokrzykują jerzyki. Obok przy stoliku dwie pary plus małe dziecko. Ciuchy vintage, rowery peugeot, rozparcie na krzesłach. Przekaz aż bije neonem: "patrz, jacy jesteśmy świetni, wyluzowani oraz światowi". Nie mój typ, ale ok, wolno im. No i dziecko. Jak to dziecko - śmieje się, wrzeszczy, pluje jedzeniem. Jest dzieckiem, wolno mu. Tylko dlaczego reszta towarzystwa - w zachwycie? Wydzierają się do tego chłopca, zanoszą od śmiechu. W pewnym momencie jeden geniusz wpada na pomysł - staje nad moją głową z tym dzieciakiem na rękach i się drze: przybij piątkę!!!! PRZYBIJ PIĄTKĘĘĘ!!! Reszta bije brawo wśród wrzasku. Zaprawdę powiadam wam, wstyd mi za listę życzeń, jaka pojawiła się w moim sercu. Dziękuję Tove Jansson za opowiadanie o Paszczaku, który kochał ciszę.











Juliusz Rafeld 




ŚMIERĆ POETY

zawsze czuł się dłużnikiem
choć przyszli jakby mieli mu oddać
chrzęst kroków i klekot różańca
zagłuszał szepty
trudno powiedzieć czy czarne welony
skrywały śmiech czy łzy

zawsze prosił by go szybko spalono
żeby jeszcze kogoś mógł ogrzać
bo na trumnę trzeba rzucić kwiaty
a pod ziemią nikogo
już nie ucieszą

...i przyjdzie wiatr po niego
i zabierze jego prochy
nie będą pamiętać czynów jego
ale słów piękne strofy...



Karol Maliszewski


Plaża

     I po raz kolejny obrabia lepkim, nerwowym snem to swoje Mielno 1972. Ile to wtedy miało się latek? Padający deszcz i jego dwoje więźniów: on i matka. Wreszcie po tygodniu fanfary, uroczysta procesja objuczonych materacami ludzi. Gdzie moja łopatka? Dlaczego mi schowałaś? Jak sobie poradzę z ogromną plażą bez żółtej łopatki?
     Zapłakany i obrażony człapał za nią w pewnym oddaleniu. Ani raz się nie odwróciła. Jeśli się bała o niego, to dusiła to w sobie, chcąc go czegoś nauczyć. Czego? Rozsądku, wyczucia, dyscypliny. Przecież nie schowała mu tej łopatki. Sam ją wcisnął w kaczy tyłek, a dokładnie za sedes, bawiąc się w budowniczego piramid następnego dnia po przyjeździe. Wykończył ją przez ten deszczowy tydzień, szła teraz na plażę jak skazaniec. Nie miała siły się cieszyć. Na szczęście słońce za chwilę pochwyci i ją, i jego, robiąc porządek w głowach i sercach. Oddadzą się świetlistej fali, popłyną. Może niezbyt daleko od brzegu, od rzeczywistości, ale zawsze coś.
     Mateś, jak go wtedy nazywała, nie wytrzymał długo w gniewnym oddaleniu. Już był za nią i nurzał się w zapachu perfum, już wyciągał ręce w stronę pośladków i sukienki, czuł pod palcami fakturę kretonu, a wkrótce miał ją całą, bo odwróciła się i mruknąwszy „no i co, durny osiołku”, chwyciła go i uniosła. Machał nóżkami niby to rozpaczliwie, ale tak naprawdę z zachwytu. Piszczał z lubością, bo wiedział, że to lubi. Szeptała mu do ucha „nigdy już taki nie bądź, nie chciej zabić za jakąś głupią łopatkę”, a gdy miał zaprotestować, mówiąc, że ona wcale nie jest głupia, zakryła mu usta dłonią i pocałowała w czoło. Po chwili szli już razem, trzymając się za ręce.
     I tak to mnie więcej wyglądało. Tak się żyło samotnej matce z samotnym synem. Ojciec wprawdzie gdzieś był i zarabiał duże pieniądze, dbał o nich na odległość, lecz Mateusz nie pamięta ani jego ciepła, ani żadnej innej bliskości. Mama wypełniła mu cały świat, ustanowiła porządek na zawsze. I któregoś dnia, ale to już było lata świetlne po Mielnie i innych Darłowach, zabrała ten porządek ze sobą.
     Teraz jeszcze żyje i rozsiewa cudną woń, pot i perfumy jak werble w słonecznej ciszy, w orkiestrze instynktownie dziejącego się istnienia, a przy jej boku on, podskakujący tamburynek. Wszystko na swoim miejscu, nic dodać, nic ująć. Nawet łopatka tam, gdzie trzeba. W jego dłoni, i w coraz głębszym dołku, z którego powoli wychodzi ciepły zmierzch, a potem chłodna noc. Dokopał się do nocy, wywlókł ją z ziemi, szorstką i wilgotną, sprowadził na ludzi jak karę. Miał więc nad czymś panowanie, dysponował niezwykłą mocą. O, łopatko, łopatko, gdzie cię można znaleźć? W muzeum czy na śmietnisku? Powinno się mieć takie archiwum na zawołanie, wszystkie magiczne drobiazgi w lnianych ściereczkach. Kamyki, zęby, pępowina, kosmyki włosów, pożółkłe książeczki, szkiełka, muszle, patyki, dziurawe dętki, kawałki plastiku i filcu, drewniany klocek z literą R, kapsle, blaszany pistolet. Taką łopatką można by dyrygować ciszą, rozpędzać chmury wokół siebie. (A szkiełkiem, szkiełkiem co?).
     Wreszcie przez uroczystą ciszę przebiły się dźwięki. Świat zaczął upominać się o swoje, wchłaniając matkę i syna, przerabiając ich na swoją modłę. Już nie była tylko dla niego. Oto rozpoczynał się proces dzielenia. Natarczywe uśmiechy mężczyzn, dziwny wzrok lodziarza, spojrzenia zazdrosnych kobiet – sieć stawała się gęstsza z każdym krokiem w stronę morza. I nie dało się uciec od tego w najgłębszy nawet dół. A bardzo chciał wygrzebać taki, żeby widać było na dnie wzbierającą wodę.
     Odgłosów zabierających matkę coraz więcej. Rozszczepiają ją na cząsteczki i wiązki. Czuł to tak, jakby odpływała od niego, zostawiając na środku zatoki. No, próbuj być sam, ja za chwilę wrócę. Zobaczę, czy sobie poradzisz. Szybko wyciągał z dołu upiaszczone nogi i biegł w jej stronę. I już było dobrze, cisza powracała, a w niej dudnienie w jej piersi, podchodzące mu do gardła łkanie.
     Wtedy w Mielnie stało się coś jeszcze. Mama nagle znikła. I to zniknięcie powracało w snach. Z latami dorobiło się kilkunastu wersji. Już nawet nie pamiętał, jak to było na początku.
     Łopatka uderza o coś, wygina się lekko. A co tam błyszczy na dnie dołka? Wydłubuje długo i cierpliwie. Zakrętka? Tak, ale taka jak na butelkach od piwa. Rani się ostrą krawędzią. Odwraca się w stronę matki. Chce, żeby wyssała ranę, pochuchała na palec. Obchodzi koc dokoła. Tylko wgłębienie w nim. Głupia mewa dziobiąca kanapkę. Rzuca w nią łopatką. Odskakuje, skrzeczy. Wcale się go nie boi. Dziobnęła rzucony pod jej łapy przedmiot. Nabiera piachu w garście, ciska w nią. Znowu odskakuje.
     Idzie wzdłuż plaży. Płacze. Pochylają się nad nim, pocieszają. Ktoś go bierze za rękę, prowadzi w stronę budki ratownika. Wyrywa się, ucieka. Błądzi po wydmach. Przewraca się. Słyszy głosy kobiet. Mama? Czołga się na skraj wydmy, patrzy w dół. Jest! Ale dlaczego opala się bez stroju? Chce, żeby te wszystkie białe miejsca na skórze też się zazłociły? Obok jest inna pani. Jej ręce błądzą po ciele mamy.
     Innym razem to mama dotyka tamtą panią. Ona też opala się bez stanika. Ma piersi większe od cycuszków mamy. Obraz się zaciera i na moment wyostrza. Znów jest inaczej. Gdy matka go zauważa, zrywa się gwałtownie. Zaczyna się nerwowo poruszać, tak jakby chciała zatrzeć ślady na piasku, znaleźć rzucony w zarośla olejek, zakryć bezradne, nagie ciała.









Krystyna Wieczorek


Hania

Kiedy Hania była pestką, nie była jeszcze Hanią
i różnie ją nazywano, ale we wsi ciążyła wszystkim,
nie tylko Agnieszce, swojej mamie. Dzieciaki śmiały się
pokazując na brzuch Agnieszki, że ta najadła się
śliwek-robaczywek, dlatego pęcznieje i pęcznieje,
aż wreszcie pęka na dwie części - większą Agnieszki
i mniejszą, pomarszczoną, nie wiadomo czyją.

Hania wyrwała się na świat ochoczo, ufna
że jest równie lepki i przyjemnie ciepły. Otulił ją
stary kocyk i sprawne ręce opiekunek.
Nie wiadomo kim się opiekowały, kiedy Hania
leżała godzinami ssąc palec lewej rączki.
Jak na pomarszczone dziwadło, była całkiem słodka.

I tak z Hani zrobiła się Hanka. Nad podziw wszelki
krągła i gładka, z każdą wiosną mocniej malowana.
Coś jej mówiło, że jest rajskim ptakiem.
Wyglądała chłopców malowanych tak jak ona. Wychodziła
na ulicę, kolorową i beztroską zwłaszcza nocą. Rozświetlona
neonami skóra sprawiała że świat na powrót stawał się ciepły
i przyjemnie tulił.

Któregoś ranka, znajdą Hankę z oczami
przygwieżdżonymi do nieba.





Krzysztof Mich 



żółty dom

uliczny dysk za plecami odtwarza gigabajty danych
zielony drogowskaz z napisem toutes directions wskazuje pusty plac
dom przy Place Lamartine 2 nie był celem a jednak 25 czerwca 1944 roku
iskra odkryła pokrewieństwo z ogniem uśpionym w sprasowanym toluenie
runęły przypadkowe ściany farba złuszczyła się jak zjełczałe masło
pokój na piętrze rozbił się o pokój w Europie pozostał gruz i kurz

podobno ocalało plecione krzesło z którego uzbrojony w fajkę jak w sekstans
upojony winem Paul wypływał z nagimi tancerkami w egzotyczne rejsy
drewniane łóżko Theo wywiózł do domu już wcześniej mówią że próchnieje
na strychu przesiedleńców w Boxmeer a zastygła na nim struga krwi
jak popkulturowa relikwia ożywa co roku 23 grudnia

pod młodymi platanami zatrzeszczały deski
geniusz bez ucha właśnie wstał na śniadanie w ulubionej brasserie
odruchowo uchylił niebieskie drzwi po prawej jakby kogoś szukał
i nieśpiesznym krokiem wyszedł na Avenue de Stalingrad
z ziaren słoneczników wyrastały cyprysy i oliwne gaje










Krzysztof Schodowski


[w grudniowe przedpołudnie]

w grudniowe przedpołudnie wyruszył a my zasłanialiśmy twarze
w drodze by nie widzieć – tak właśnie pracuje ziemia. i prowadziły nas nagie
rzędy drzew pozbawione koron. im bliżej bramy głównej tym odważniej przycięte
jak gdyby przypominały: tam spoczywa las utkany z iskier i kości. mogilnik
zanurzony we mgle. wiatr przenosi srebro wkłada do ust. głowy jak rozłupane
fotony światła – ten moment pamiętam najsilniej i toczenie łez
na dźwięk łopaty zanurzanej w piachu.

nastały dni które należy wypełnić lecz najpierw jego ciało objawione nagle
w deszczu potem w podmiejskim autobusie. porzucono mnie nagiego
znaczono skórę a ja wołałem: wierzę w jednego ojca wszechmogącego
stworzyciela chleba i cierni wszystkich rzeczy witalnych i niewitalnych
co przychodzą z rana gdy w ustach pokusa u syna twojego opuszczonego
który z ojca jest zrodzony przed wszelkimi nałogami. zrodzony 

a nie stworzony współistotny ojcu a przez niego wszystko.





Marcin Królikowski


Zaczarowane okienko 
  Wojtkowi
Polana pod lasem.
Sarenka.
Klęka.
Czyja to ręka,
że klęka sarenka?

Trzeba dać odpowiednią ekspozycję życiu.
Powkładać to życie w kwadraciki, gablotki, okienka,
i siebie w tych klatkach ułożyć, a jeśli nie chcieć już w nic
więcej wierzyć, to warto odpuścić i innym dać przeżyć.
Trzeba dać odpowiednią ekspozycję śmierci, bo kto nas wyręczy
w tej śmierci, kto nas (z tej nocy, niemocy) po wszystkim uleczy?
I starzeć się estetycznie należy, spokojnie ułożyć pod pięknym pomnikiem,
nóżki do przodu, na nóżkach pantofle, i muszka w groszki, i cukierek w ustach.

Landszaft, obrazek to gorzki:
Sarenka nie klęka.
Już nie drży sarenka.
Czyja to ręka, że śpi już
sarenka, a obok sarenki
kolejne sarenki?
Tak, jak śpiewa Wojtek w Ba!:
Polana pod lasem, polifonia, po-li-fo-ni-Ja!
Okienko, w okienku ręka.
Czyja to ręka?

Należy nadać odpowiedni wyraz twarzy, i rozkazy dłoniom,
jeśli się kocha. I ekspozycję ciał ułatwić, poukładać w szafach,
pościel zmienić dopiero, kiedy straci zapach. Należy gotować
większość dań na zapas, z przepisu, podawać na czas.

Tak, jak śpiewa Wojtek w Ba!:
Polana pod lasem, polifonia, po-li-fo-ni-Ja!
Okienko, w okienku ręka.
Czyja to ręka?

Drzewo, kapliczka
w połowie jest pieńka.
Och, jak w niej ciemno.
Jak pusto jest pieńkom.
Czyja to ręka?
Czyją to ręką?

Należy broń trzymać w ekspozycji ku górze, przeładowywać broń
tylko w martwym punkcie. Odławiać tylko te najsłabsze w stadzie.
Okienko muszki, wyćwiczona ręka, wszystko co piękne
niech pokornie klęka.

Czyją to ręką, czyja to ręka? Kto zgasił oczy, kto stłukł okienka?






Marek Lisiński




jak to jest

zapada noc a może już
zapadła dlaczego noc zapada
a nie wstaje jak
ranek przecież kiedy
spojrzeć na wschód o
zachodzie słońca widać jak
noc wstaje ciemność dźwiga
się w górę ku niebu od
horyzontu jak czarne słońce
za zasłoną chmur zapada
ciężka noc jak gruba
zasłona czuję zapach w
ogrodzie muszą być nocne
kwiaty





Paweł Łęczuk


Fly away

     Są strasznie hałaśliwi. Kichają, prychają i pchają do bramki. Na pokładzie tak samo głośni i ożywieni. Potem cichną. Ożywiają się nasi. Chodzenie, szukanie znajomych, gadanie, pożyczanie książek.
     Wspólny dom nad wielkim dachem nieba. Już nie wiem, który to krok w chmurach. Tym bardziej dla nich. Zgrabnych i długonogich.
     Osiem godzin z płytą Rojka, Nohavicy i Tori Amos. Żadnych filmów i gier. Żadnego shitu. Trochę czytam o amerykańskich hakerach.
     Jak zwykle, przy lądowaniu bolą mnie uszy. Ale nie jest tak źle. Bywało gorzej. Słyszę więc jadę pociągiem po bagaż. Z tym pociągiem to lekka przesada, ot kolejka po prostu jak WKD. Znajduję bagaż. Znajduję Jin. Stało się. Welcome to China. Można palić.
     W taksówce dochodzę do wniosku, że ruch jak w Rzymie to jakaś ściema. W obliczu Pekinu, Rzym traci na znaczeniu.
     Witam się ze wszystkimi – I am from Poland, I am from … i po kolei: Australia, Serbia, Irlandia, Ameryka, Armenia, Jordania. Jordania? Yes, Jordan - powtarza Mohamad. It will be interesting - odpowiadam i wchodzę do autobusu. Jak zacznę chrapać, przestaną mnie lubić, myślę. Nie wiem czy słyszą kiedy odpływam.
     Jedziemy w kierunku morza. Jedziemy nad wodę. Ta woda jest tutaj wszędzie. Jedziemy przez nią. Nad nią. Może i pod nią, bo się trochę chmurzy. Wenecja myślę, gdy tak jedziemy. Holandia. Chińskie Żuławy Wiślane. A mnie już lać się od tego zachciewa. Ale ten hajłej ma to chyba w swojej chińskiej dupie, bo kibla jakiegoś szukać na próżno.


     Stajemy wreszcie. Można palić. Można sikać w krzaki. Ruszamy. Jest dobrze. Eskortują nas. Jak „dwa orły z UPP’u” Jurka Kilera. Kwaterują. Przydzielają pokoje. Jestem sam z wielkim łożem i słabym łączem wifi. Klima. Popielniczka. Widok z okna na statki. Rano budzi mnie dziwny śpiew. Może to ten arab?






Dirty streets of Tianjin

     Czuję się jak na Pradze w Noc Pragi. Nucę kawałek T Love „Dirty streets of London”. Nie wiem dlaczego i po co. Tak już mam, zawsze coś nucę , przypominam sobie melodie i słowa. Tym razem także.

     A więc idę. Właściwie chodzą. Łażę. Łazimy wspólnie. Takie porozumienie w chodzeniu Polaka, Australijki, Irlandczyka, Ormianina, Koreanki (która do nas dołączyła) i Amerykanina. Oni też chodzą, choć zdecydowana większość z nich jeździ. Jeździ i trąbi. Parkuje gdziekolwiek bez żadnej logiki. Daje po klaksonach, byle głośniej. Z prądem, pod prąc i nazad. Na szagę. Na dziko. Byle do przodu. I nie myśl Łęczuku, że jesteś do czegoś uprawniony, przechodząc na zielonym świetle. O nie!

     Najważniejsi są taksówkarze. Wciskają się wszędzie i na każdym kroku. Lubię gdy się wciskają, ale gdy jestem pasażerem. Idąc na drugą stronę wielkiego skrzyżowania, na zielonym to inna sprawa. To nie zabawa. To nie przelewki. Oczy wokół głowy to jednak podstawa. Policja niewiele lepsza. W ogóle wszyscy ci mundurowi za kierownicą. Tacy ważni i dumni. I muszą przed tobą, prawie w ciebie. Prawie na buty wjeżdżając. Chyba po prostu muszą, inaczej się uduszą.

     A przed knajpami siedzą i palą szlugi. Siedzą i gadają przez telefony. Siedzą i zapraszają. Ładują towar. Rozliczają. Przyjmują. Przy dworcu pieką i gotują. Kukurydza, kiełbaski, owoce morza, kiełbaski, warzywa, ryż. Dużo tego. Dużo i tanio. Ładnie to pachnie. Ładnie wygląda. Mało kosztuje.

     Inni tańczą wieczorami na skwerkach. Muzyka w samochodzie. Muzyka z boomboxa. Muzyka z serca. I tańczą tak obok siebie. Przy sobie. W parach i solo. Tai chi wybija spokojny rytm miasta.

     I stoją z kramikami, byle jak, na chodnikach. Suszą pranie. Grillują. Piją piwo i pozdrawiają. „Bo moja ulica jest w sercu miasta” - zdają się mówić. Bo twoja ulica jest w moim sercu, chce mi się myśleć. Więc myślę. I siesie, mówię. I nihao. Tylko tyle, i aż tyle.

  



Piotr Mosoń


natural born cykor

wtedy nie wierzyłem, że miłość może być partią śmiertelnego badmingtona
bez ustępstw. za bardzo bałem się, że możemy zmajstrować nowe pokolenie,
więc na hasło odbijany, od
stąpiłem cię temu szczelniej zasklepionemu w sobie.

on ukradkiem wyrywał z siebie wiersze. nam to imponowało. ale teraz miałaś
piersi tak samo siedemnastoletnie, jak resztę wystawionego na słońce ciała.   
improwizowany performens dla jedynego widza w milczącej pantomimie

przypadków, które ponad moje libido. musiałem opalać się na brzuchu,
by zamaskować niezawinioną erekcję. teraz chciałem rozmawiać o polityce,
o tendencjach buntu w prozie afro, ibero, nawet hindu, a wciąż te bordowe sutki

sterczące w chmurny błękit. wiedziałaś? spod powiek wszystko było pod kontrolą
bardziej, niż korytarze powietrzne nad zamglonym Heathrow w obliczu nawałnicy.
nasze oswojone jezioro drgało raz po raz bliżej. piasek bezwstydnie emigrował

w poszukiwaniu cieplejszej pustyni lub głębszych pachwin. ciężko ranne wargi
w zgrzytach o siebie i nadspodziewanie mokre dłonie, których nie mogłem wetrzeć
we własną skórę. aż po ból, że już tak mi zostanie. popatrz: pierwszy biały szkwał

tego lata. przynajmniej zmyje z ciebie maskę, a ze mnie szczeniacką ejakulację, 
której jeszcze nie warto ujawniać. już cię przecież dawno stchórzyłem  - tamtemu
co wyskrobywał zapiaszczone inwersje z miejsc bardziej niedostępnych niż księżyc.







Rafał Gawin


WIERSZ O UKRYWANIU SIĘ W SIECI

Czytałem wiersz o więzieniu, gdzie słowo „siedzę”
było zaskakującą puentą PRL-u, w którym wszystko
oprócz podmiotu lirycznego stało. A teraz przez głowę
przechodzi mi inne siedzenie (siedzenia – rzekłby
empatyczny erotoman), ten rodzaj więzienia
dla seryjnych tożsamości (rym jak wyżej znaczący):
na nic się nie nastawiam, ale i niczego nie wykluczam,
dlatego tkwię w tym roztrojeniu jaźni, jak Bóg, tyle że
nie jednocześnie, bo daję poznać (o, Poznaniu przez
Pe!), że któraś osoba okazuje się najważniejsza. I nigdy
nie jest to duch. Wymagamy mniejszych słów. Jeszcze
jeden buch, i może znowu mnie w czymś zamkną.





Rafał T. Czachorowski


Telefon

     Przez cały kwiecień, codziennie na plażę w Kołobrzegu, na prawo od wejścia nr 208, zaraz przy słupach od nieistniejącego molo, przychodziła drobna dziewczyna. Punktualnie o 15:00 pojawiała się w pełnym słońcu na jedną godzinę. Czekała leżąc z zamkniętymi oczami. Była ubrana mimo wyjątkowo wysokiej temperatury.
     W końcu dzwonił jej telefon, odbierała go i nadal leżąc rozmawiała równo do 16:00. Czasami jeszcze po rozmowie leżała minutę, dwie zanim w stylu angielskim znikała.
     30 kwietnia, około 15:35 niespodziewany przypływ zaatakował Zachodnie Pomorze.
     1 maja Piotr znalazł na plaży telefon, ponieważ nikogo wokół nie było, schował go do kieszeni. Położył się na ciepłym piasku. Około 15:25 rozległ się dziwny dzwonek w jego spodniach.
– Tak? – zapytał Piotr odbierając telefon.
– Leżysz na plaży? – zapytał ciepły męski głos.
– Tak. – odpowiedział Piotr.








Renata Radna Mszyca


Pańska skórka

od pierwszego dnia tego miesiąca sprawdza się przepowiednia 
niczym opady deszczu które uzależnia się od lotu jaskółek - pada żart 
wygrzebany palcem z dna morza 
wszystkie fale plastikowych łodzi przypływy i odpływy ludzkie
usta i dłonie - nie ma szacunków ilu zginie - wszyscy kiedyś zginą 

nie będę porównywać 

z biało różową pianką pełną cytryn i malin starannie owiniętą 
w tęsknotę za Warszawą
można odepchnąć lub złapać cumę
gdy brak jedzenia i planu na kolejne posiłki przeraża

tęsknię za gazetami których nie czytałam i czarno białym telewizorem
za grą w klasy i w podchody tuż za rogiem Pstrowskiego
pod wiaduktem starym jak blok o którym ludzie pisali opowieści
o pluskwach i tym wszystkim co mogli odzyskać po wojnie

a więc gry w kury na grzędzie w chowanego i w chuja 
każdy pogrywał 

kradliśmy truskawki Kubiakowej i czereśnie od tej z sąsiedniego bloku
było cudownie móc huśtać się aż do górnej belki – podbijanki
szalone kąpiele w Kwadratówce i spacery i alejki wszystkie górki 
Jerzego no i ławki obowiązkowo ławki pod blokiem 
przypływy i odpływy usta i dłonie – wszystkie cumy cytryny maliny

i ten czas gdy babcia gotowała ogórkową a myśmy ją kochali
naprawdę kochali 






Robert Miniak


wizjoner 
                     kiedyś język się skończy. Zostanie tylko poezja
                                              E. Breville


skąd wtedy wiedziałeś? Santiago Torresie, 
kiedy ty żułeś tytoń, w odległym mieście
zapadał zmrok. ludzie kiwali głowami,
wplatali dłonie w deszcz.

na strychu wśród gratów stary Jakub zostawiał
za sobą oddech. zmieniał ciało
w cień a twoje myśli, Santiago, krążyły wokół 
świecy jak światło. potem chciałeś zarżnąć


wiersz, wyryć w sobie miejsce na psalm. to
musiało boleć, bo kiedy cię prowadzili
krzyczałeś, że nadchodzi czas, kiedy ludzie
wywieszą języki jak lonty. podpalą.











Roma Jegor


Tropik

Ten tropik w powietrzu pewnie powinien nas zmieniać
w leniwe gnu i senne gazele.
Ale rejestry słońca zapisują coraz mocniejsze wybuchy.
Mamy w sobie rady i Rodany
I coś z tym trzeba zrobić - oswoić lub zgasić,
albo nauczyć się żyć z gorączką pomiędzy palcami,
z wrzeniem świtów kiedy nie wiem czy możemy przeżyć,
czy czujemy, czy mamy omamy, ogryzki, organy jeszcze własne,
i noce organoleptyczne.
I ciała jak pożar ogrodów, łapczywość imperiów
w których ze zwierząt tylko ludzie.
Ludziska obudzą się jutro. Otworzą oczy i języki okien
Wypuszczą na podwórka i koty i myszy
Coś z tym musimy zrobić schronić za słoneczne oszczepy
gazele galaktyki i gnu ciche łodzie.
Może nie przeżyjemy, może utoniemy
w jasnej przystani lata
Najbliżej jak można.






Roman Honet


litość, ptak z betonu

im głębiej śpię, tym biją mnie
mocniej, plują w twarz, kopią
w głowę – ta kotwica z neuronów,
skręconego deszczu, kobiety –
nie zdarzyły się nigdy,
ale – pozostały. albo
je przyciągnęły liny holownicze,
albo je litość stawia
przed oczami sama. inaczej:
noc nie wybiera snów, tak w drewnie,
jak i w ziemi, a litość, ten ptak, chociaż z betonu,
wie, że śpiewać musi.
i tak to idzie:

nigdzie, czyli tu,
nic – nowy początek












 


Roman Rojewski 


Simchat Tora 
                      Davidowi Blumenfeldowi
                           i Amiemu Drozdowi  

w trzydziestym dziewiątym sztetl
w Iwaniskach szczyci się mądrym
rabinem on to (wiedziony przeczuciem
sądnych dni
) wymyśla pogrzeb Tory 


zanim przyjdą Niemcy uroczyście
grzebie zwoje na cmentarzu płytko
żeby je odkopać mogli ocaleni (gdy
znów będzie święto Simchat Tora
)

pogrzeb Tory podglądają chrześcijańscy
chłopcy z Iwanisk potem wiedzą
gdzie kopać (wystarczy podźgać
ziemię szpikulczykami i już
)

na murku kirkutu w Iwaniskach
święte zwoje jak dywany trzepie
wiatr wzbija do nieba te dziwne
litery (te ichnie Talmuty)

dobra skóra cielęca a może
i jagnięca nada się na torebki
paski buty (nie można zmarnować
takiego towaru
) ludzie kupią 


szewc chrześcijański na żydowskim
kopycie w pożydowskim warsztacie
uformuje eleganckie trzewiki (pismem
do środka bo nie da się zapastować
)

skórka za delikatna na kamienie i błoto
w Iwaniskach Tora trze się na bruku
po którym nie chodzą już Żydzi
nie na co dzień te buty na święto

na większe okazje na tańce na odpust
do kościoła (o tak na równej posadzce
bucikom najwygodniej to radość
)
ale każde buty się niszczą (te lepsze

zawsze zdzierają się szybciej
) pod
skórę ziemi wraca święta kaligrafia
kiełkuje niemo nie czyta jej nikt
nie ma ocalonych w Iwaniskach







Tomasz Kowalczyk 




*** (Tęsknię za listami)

Tęsknię za listami pisanymi na papierze z jedwabnych
dotyków, przyjmującym wyłącznie teksty o poprawnej
stylistyce. Koperta wyklejona brązową bibułką skrywała
zapach, którym nadawczyni obdarzała kartkę. Całości
dopełniał znaczek z motywami malarstwa romantycznego
lub ogrodowej flory. Odpisywanie było rytuałem, a pójście


na pocztę elementem gry miłosnej. Mejle ważą zaledwie
kilka kilobajtów i nie pozwalają przycisnąć się do serca.
O komunikację dbają emotki wykluczające jakąkolwiek
wieloznaczność, a używanych fraz nie poprawi nawet
elektroniczny korektor, który każdy błąd nominuje do
rangi eksperymentu językowego. Kiedy dostawca wyłącza

Internet, dopada mnie niepokój, bo z martwych pikseli
nie ułożę twarzy czy uczucia. Unikanie bezpośrednich
rozmów nie wychodzi na dobre. W razie wpadki inkasuje
się jedynie trzaśnięcie w policzek i krótkotrwałą opinię
chama. Statystyki poświadczają, że warto podjąć ryzyko,

dopóki siwe włosy nie wzbudzają politowania, chociaż
nawet wtedy można coś uszczknąć przy odpowiedniej
asekuracji. I bez pisania listów.













Waldemar Kazubek


Jedno zdanie o Toronto

Monia, a jeśli zdarzy się tak, że wyjedziesz
do Kanady i nigdy już nie wrócisz, bo wyjdziesz
za mąż za niedźwiedzia, hokeistę, czy innego
trenera jujitsu, a ja tutaj pozostawszy, zamknę się

w sobie, wycofam z życia i zajmę już tylko jednym,
pisaniem powieści, które niespodziewanie zyskają
pewną popularność, dając mi sławę i rozgłos, jednak
ty się o nich nie dowiesz, bo przez kolejne lata

urodzisz wiele małych misiów, hokeiściątek, lub innych
trenerków jujitsu, i zajmując się nimi, nie będziesz
miała czasu na nic więcej, szczególnie na czytanie książek,
których nie znajdziesz na kanadyjskim rynku, i dopiero,

gdy moja sława osiągnie rozmiary międzynarodowe,
i w końcu przekłady trafią w ręce mieszkańców
Ameryki Północnej, w kilkadziesiąt lat od opuszczenia
ojczyzny, pewnego dnia przejdziesz koło wystawy księgarni,

coś cię nagle tknie i przypadkowy rzut okiem na witrynę
zrodzi w tobie myśl: "o był przecież taki Kasubek, miał
takie świetne ulubione perfumy, korzenne, Terre D’Hermes",
a ona pchnie cię do zakupu pierwszej książki od czasu śmierci

starego niedźwiedzia, hokeisty, czy innego trenera jujitsu,
w niej zaś już na początku trafisz na fragment:
"Przyglądałem się dwóm małym dziewczynkom,
z których jedna tuliła maskotkę i na pytanie drugiej

- Jak Twój króliczek ma na imię? - odpowiedziała
- On nie ma imienia, bo gdyby miał, to musiałabym
je pamiętać, a ja się boję, że zapomnę", to powiedz,
Monia, czy pomyślisz wtedy: "jebany złodziej!!!"?





Wojciech Roszkowski


Pożar fabryki słodyczy

     Szybko, szybko wypala się lipiec, pokryty
słońcem niczym rozgrzaną blachą. Campo di Marzio,
zostanie tu puste krzesło, kilka włosów. Chłopiec przy oknie

     ogląda pożar fabryki słodyczy – jakby olbrzymi lizak
wykrwawiał się nad miastem, rozpalał szybę na czerwono,
więc dziecko waha się, odsuwa język. Ten obraz

      nie chce się goić, grzęźnie w dusznym powietrzu,
które nie może złapać tchu, skwierczy w silnikach skuterów
płynących po Campo de' Fiori, zakwita na ustach dziewcząt

     i skrzydłach jednodniowego motyla – wachlują
ciało Wiecznego Miasta (sino-bordowe, wzdęte). Byliśmy tu,
ze sobą, całe życie
, mówi motyl,

     w którym chłopiec przy oknie przeczuwa
długi sen, jego płochliwy dotyk (kiedyś pod pinią zasnął
szpak i już się nie poruszył; tego lata przyjechał cyrk).

     A skrzydła zwinięte w piąstki biją w szybę jak oszalałe
serce. Kiedy pęka, sypie się szkło. Przez okno głęboko
oddycha miasto. Pusty pokój, krzesło, kilka jasnych włosów.








zdjęcia: Rafał Babczyński